Blog Forum Gdańsk 2016 i historia pewnej samotności

Zabieram się do napisania tekstu o #BFGdansk z już opróżnioną z emocji głową. Miniony weekend to było istne endorfinowe szaleństwo i przez cały czas czułam się tak, jakbym była na rauszu – tyle że na trzeźwo. Naprawdę chciałabym znajdować się w takim stanie częściej!

Do tych z Was, którzy nie wiedzą: Blog Forum Gdańsk to najważniejsza konferencja dla blogerów (albo w ogóle twórców internetowych), która odbywa się każdej jesieni – oczywiście w Gdańsku – od 2010 roku.

Nie znajdziecie u mnie typowej relacji z tego wydarzenia (parę fajnych fotek wrzuciłam na Instagram). Chciałabym Wam za to opowiedzieć, jak to się stało, że z nikomu nieznanej dziewczyny stałam się osobą czytaną przez przynajmniej kilkanaście tysięcy osób miesięcznie. To moja bardzo uproszczona historia o introwertyku wychodzącym ze swojej przytulnej skorupki. Może kogoś z Was zainspiruje to do działania?

 

Wrzesień 2012

Mieszkam w Warszawie, od roku jestem w związku z facetem, którego sobie wybrałam, mam paczkę fantastycznych znajomych i paru świetnych przyjaciół. Chyba wiodę fajne życie i za bardzo nie mam na co narzekać, a nawet jeśli to robię, to nie jest to nic znaczącego (skoro parę lat później zupełnie o tym zapomnę). Utrzymuję się z bycia korektorką, choć czasami oznacza to dłubanie w tekstach po kilkanaście godzin dziennie, ponieważ łączę pracę w biurze ze zleceniami wykonywanymi wieczorami i nocami.

17 września tracę swoją pracę dzienną; trochę osypuje mi się grunt pod nogami i zastanawiam się, co dalej. Równocześnie czerpię ogromną radość z pieczenia i dekorowania cupcake’ów, więc zaczynam głośno marzyć o własnym biznesie babeczkowym (nie, nie znałam wtedy jeszcze serialu „2 Broke Girls”). W tym celu od stycznia 2013 roku wybieram się do szkoły na kurs cukierniczy, podejmuję też pierwsze próby dzielenia się ze światem swoją pasją. Po kilku miesiącach porzucam myśl o zawodzie cukiernika i o karierze blogerki kulinarnej (zwyczajnie mnie to nudzi).

 

Wrzesień 2013

Mija drugi miesiąc od naszej przeprowadzki do Krakowa. Oboje prawie nikogo nie znamy w tym mieście i jest naprawdę ciężko. W sierpniu czas zapełnialiśmy sobie remontem mieszkania, do którego się przeprowadziliśmy, więc dni mijały niepostrzeżenie. Teraz jednak już osiedliśmy, przygarnęliśmy nawet nasze pierwsze koty, a to poniekąd zastępuje nam życie towarzyskie. No i mamy siebie i sporo zmian do przyswojenia. Ale co tu ukrywać: jest nam trochę samotno. Jesteśmy nowi w mieście, a na dodatek pracujemy z domu, więc nawet nie mamy szans poznać nikogo w pracy, bo do niej nie chodzimy. Zwyczajnie zaczynam martwić się o siebie, dlatego intensywnie myślę o tym, jak sprawić, by było chociaż trochę lepiej.

Dowiaduję się o czymś takim jak Czwartki Social Media i w akcie odwagi – oraz na trzęsących się nogach – postanawiam się na jeden taki czwartek wybrać. Na co dzień w pracy zajmuję się social mediami, więc uznaję, że warto poznać innych z tej samej branży. Sporą otuchą jest dla mnie obecność mojej koleżanki Gosi. Gdyby nie ona, prawdopodobnie bym nie przyszła. Wiecie, nie jestem labradorem interakcji społecznych, jak to mawia Janina. Najlepiej czuję się w dobrze znanych mi czterech ścianach, pod kocem, z książką albo z serialem – typowy introwertyk domator. A tu nagle zmiana otoczenia i masa nieznanych ludzi wymiatających w small talk (ja jestem człowiek konkretny, w small talk nie umiem). Jak tu więc kogoś poznać? Postanawiam pójść najprostszą drogą i zwyczajnie przyłączyć się do kółeczka, w którym rozmawia moja koleżanka. Grupa bez problemu mnie przyjmuje i wdraża w temat. Ileś tam godzin później wciąż rozmawiamy i cieszymy się swoim towarzystwem (Gosi już dawno nie ma, a ja i tak daję radę).

Jest 26 września (a właściwie późna noc 27 września), ze spotkania wynoszę kilka fajnych znajomości, a z niektórymi osobami dobry kontakt utrzymuję do dziś. Od tego momentu Czwartki Social Media (nie tylko w Krakowie) stały się niemal stałym punktem w moim kalendarzu – wyczekuję ich każdego miesiąca z radością.

 

Listopad 2014

Po wielu bojach, które rozgrywały się głównie w mojej głowie, postanawiam w końcu założyć własną działalność gospodarczą. Towarzyszy mi myśl: raz się żyje (tzw. YOLO), najwyżej ją zamknę! Na brak klientów nie narzekam, ale wydaje mi się, że mimo wszystko dobrze byłoby mieć własne portfolio w sieci, miejsce, do którego można odesłać potencjalnych zainteresowanych moimi usługami. Na wykonanie strony za bardzo nie mam czasu, dlatego zakładam na Facebooku fanpage Pani Korektor, bo tak nazywa się moja firma. Nigdy nie prowadziłam własnego fanpage’a, więc pierwsze posty wrzucam trochę nieporadnie. Piszę o sobie i swojej pracy, o języku polskim i wszystkim dookoła niego. Czytają mnie głównie znajomi i ich znajomi, a po pierwszych 9 miesiącach dobijam do 1000 fanów. Szalona liczba! Nie chwalę się tym miejscem, bo trochę się go wstydzę, więc nie wiem, skąd biorą się ci ludzie, ale cieszę, że to grono rośnie. Gdy widzę 30 lajków pod statusem, wydaje mi się, że absolutnie wymiatam.

Aha, a w grudniu 2014 jadę do Warszawy na Blogowigilię, czyli na spotkanie blogerów, które odbywa się przed Bożym Narodzeniem i jest osadzone w jego klimacie. (Przypominam, że nie mam bloga, lecz jedynie mały fanpage, fanpażek wręcz, który w dniu Blogowigilii liczy dokładnie 224 fanów). Nie poznaję prawie nikogo.

 

I połowa 2015

Żyję od spotkania do spotkania. Pomiędzy nimi pewnie też, ale jednak to one wyznaczają mój rytm pozapracowy i napawają mnie radością. W Krakowie chodzę na Czwartki Social Media i na Smok Blogi. Dostaję się też na kielecki Blogotok i uczestniczę w katowickiej Blosilesii. Każde z tych wydarzeń to dla mnie spore wyzwanie. Po pierwsze, nie jestem labradorem interakcji społecznych, co już ustaliliśmy. Po drugie, nie czuję przynależności do blogerów, ponieważ – co również ustaliliśmy – nie mam bloga. Czasem zastanawiam się, co ja w ogóle robię na tego typu eventach, ale jednocześnie staram się czerpać z nich garściami, bo skoro organizatorzy dali mi taką szansę, to dlaczego nie. Nadal nie umiem w small talk, ale przez ostatnie miesiące zdążyłam poznać już parę osób, dlatego na spotkania chadzam pewnym krokiem, bo wiem, że zawsze spotkam jakąś znajomą twarz. Moja lista kontaktów rośnie.

 

Wrzesień 2015

Zaczynam zazdrościć innym, że mają w internecie swoje miejsce, w którym mogą się wyrażać. Od długiego czasu myślę więc o założeniu własnego bloga, ale… (tu miejsce na różne dziwne powody). Niby mam fanpage, ale czuję, że to za mało. Otaczanie się blogerami zrobiło swoje, dlatego 17 września startuję ze swoim blogiem. Pierwsze teksty tak naprawdę dodaję 16 września, ale przyznaję się do nich tuż po północy kolejnego dnia – licząc na to, że wszyscy o tej porze śpią i nikt tego nie zobaczy. Pierwszego dnia odwiedza mnie ponad 1100 osób. Fanpage liczy wtedy prawie 4500 fanów.

Kilka dni potem wygłaszam swoją pierwszą prelekcję – na spotkaniu podobnym do tych, na które chodziłam przez ostatnie dwa lata. Umieram ze stresu i obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie będę przemawiać publicznie do ludzi.

Na grudniową Blogowigilię jadę trochę pewniejsza – w końcu mam już bloga. Poznaję sporo osób.

 

I połowa 2016

Dzieją się niesamowite rzeczy. Najpierw zostaję nadzieją blogosfery w corocznym rankingu Jasona Hunta, znanego kiedyś jako Kominek. Potem biorę udział w konkursie Blog Roku 2015 i dostaję się do III etapu. Trafiam na wywiad do radia, a później wypowiadam się dla telewizji. Spełniam też swoje korektorskie marzenie, a także zostaję wyróżniona w Share Weeku 2016 u Andrzeja Tucholskiego. A to dopiero końcówka kwietnia! Nadal oczywiście pojawiam się na Czwartkach, Smok Blogach, Blogotoku i Blosilesii, a z początkiem czerwca po raz pierwszy odwiedzam Blog Conference Poznań. Moja lista znajomych, z którymi utrzymuję stały kontakt, to w dużej mierze blogerzy.

W międzyczasie dostaję dwa zaproszenia: jedno na sierpniowego WroBloga, na którym mam wygłosić prelekcję, a drugie na wrześniowe Blog Forum Gdańsk, gdzie mam wystąpić w panelu prowadzonym przez Radka Kotarskiego. Chociaż nadal jestem tą samą introwertyczną domatorką, na wszystko się zgadzam (a martwię się później).

 

Wrzesień 2016

Robię podsumowanie ostatnich lat i pękam z dumy. Cztery lata temu straciłam pracę, a zaraz będę obchodzić drugą rocznicę istnienia swojej firmy. Rocznica straty pracy przypadkowo pokrywa się z dniem, w którym zakładam bloga – a blog kończy swój pierwszy rok. Po pierwszym roku blogowania po raz pierwszy jadę na najważniejszą imprezę dla blogerów – i to od razu jako panelistka! Gdy wracam z Blog Forum Gdańsk, wspomnienia na Facebooku podpowiadają mi, że właśnie mijają trzy lata, odkąd po raz pierwszy postawiłam swoją drżącą nogę na Czwartku Social Media. Wtedy zaczęła się moja droga, która doprowadziła mnie do tego miejsca, w którym jestem teraz. I w żaden sposób nie mogłam przewidzieć, że każde słowo, które wstukuję w domu w klawiaturę, będzie czytać może kilka tysięcy osób. To jest nie-sa-mo-wi-te.

***

Zaczął się październik. Nadal jestem tą samą Ulą sprzed lat, która najchętniej spędza czas w domu – w towarzystwie koca, książek, kotów, herbaty i seriali. Można by uznać, że w moim życiu nic się nie zmieniło, bo zawodowo wciąż zajmuję się tym samym, nie zmieniłam miasta od trzech lat, mam też cały czas tego samego faceta. I tylko trochę więcej kotów niż na początku. W pewnym momencie postanowiłam jednak wyjść ze swojej strefy komfortu do ludzi, a potem – między innymi dzięki tym ludziom – pisać do internetu. Do i dla innych ludzi. Zaczęło się od gryzącej samotności, a teraz coraz częściej nazwiska znane tylko z sieci stają się znanymi mi twarzami, wytęsknionymi uściskami, niezatrzymanymi potokami słów. Jest dobrze.

A wracając jeszcze na chwilę do samego #BFGdansk. Myśl przewodnia tegorocznej edycji to: „Czy blogerzy zmieniają świat na lepsze?”. Przez cały weekend staraliśmy się znaleźć odpowiedź na to pytanie. Tydzień później mogę dołączyć swój głos i powiedzieć tylko jedno: moje zmienili na pewno. Na lepsze.

Ula Łupińska

Dzięki za przeczytanie tekstu! Jeśli Ci się podobał, udostępnij go na Facebooku :) I czekam na Twój komentarz pod tekstem!

  • Piękne. Miałam przyjemność słuchać Cię na WroBlog i ten wpis jest po prostu taki jak Ty. Pełen szacunku, introwertyczny i wyciszający.
    Pozdrawiam

    • Dziękuję! Bardzo miło mi przeczytać coś takiego o sobie samej :)

  • Ojej, totalnie sie spodziewałabym się takiej historii :) Byłam pewna, że ten blogerski świat znasz już od dawna, bardzo dawna! Bardzo Ci kibicuję Ula, chyba nie ma drugiej takiej kociary i introwertyczki w całej blogosferze, do której czułabym taką sympatię (robię to po cichu, jak na introwertyka przystało) ;) Mam nadzieję, że uda nam się kiedyś pójść na ciacho w Krakowie!

    • Dwa lata trudno to raczej nie jest bardzo długo ;)

      Dzięki, Magda :* Napisz, gdy będziesz w Krakowie – ja tu jestem zwykle przez cały czas!

  • Ula

    Niewielu kojarzę blogerów, którzy nie byliby introwertykami więc myślę, że nie jesteś sama w tym, że nie umiesz w small talk :D
    Jak na rok prowadzenia bloga, to wow! Godne podziwu osiągnięcia, zdecydowanie poważniejsze od moich – a prowadzę bloga od ponad 8 lat :)) Aż strach pomyśleć gdzie Ty będziesz za 8 lat jeżeli tak zaczynasz!!

    • W tym roku tyle się działo, że nie mam pojęcia, czego sobie życzyć na przyszły rok… Liczę tylko na to, że nie spocznę na laurach :)

  • Też cenię sobie kocyk, kota i dwa psy. Na Blog Forum Gdańsk byłam przez jakieś 10 minut w ramach konkursu. Nie zmienia to faktu, że czułam się dokładnie tak jak Ty, na początku. Zupełnie nie czułam się częścią, mimo iż bloga posiadam. Może to kiedyś minie. Może wyjdę na dłużej. Bardzo motywujący tekst.

    • To akurat się minęłyśmy, bo ja przed ogłoszeniem wyników musiałam uciekać na pociąg.

      Ale – jak sama widzisz – małymi kroczkami można wiele zmienić :) Trzymam za Ciebie kciuki!

  • Krótko mówiąc, idziesz jak burza! Tylko tak dalej :-)