Błędy w książkach – czyja to wina?

Z pewnością oglądaliście kiedyś teleturniej typu „Milionerzy”, „Familiada” czy „Jeden z dziesięciu”. Gdzieś tam w studiu nagraniowym biedni uczestnicy nadwyrężali zwoje mózgowe, podczas gdy Wy siedzieliście rozparci wygodnie w swoich fotelach, zupełnie bez stresu popijając chłodną colę i leniwie skubiąc chipsy. Chociaż to nie Wy mieliście szansę na wygraną, odpowiadaliście z równie wielkim zaangażowaniem. Wczuwaliście się, współczuliście z powodu trudnych pytań, podziwialiście czyjąś wiedzę i… tylko od czasu do czasu ofukiwaliście uczestnika, bo JAK MOŻNA NIE WIEDZIEĆ, że produktem końcowym glikolizy jest kwas pirogronowy? Przecież to takie oczywiste! W szkole tego uczą!!!

I tak samo jest z poprawianiem tekstów.

Wszyscy są tacy mądrzy, gdy znajdą litrówkę, i śmieją się z przypadkiem zauważonej spacji przed kropką, a kiedy przychodzi co do czego – plączą się w przecinkach, mówią „wziąść” i tak naprawdę nie widzą błędu w słowie „wymyśleć”.

 

Pani Elżbieta będzie teraz najbardziej znaną korektorką w internecie ;)

Chyba nigdy nie dostałam do poprawy strony…

Posted by Pani Korektor on Thursday, January 28, 2016

 

Korektor jest jak uczestnik takiego teleturnieju: ma za sobą miesiące (jeśli nie lata) zdobywania wiedzy, szlifowania jej i uaktualniania. Raz ma lepszy dzień, a kiedy indziej gorszy. Bywa, że działa pod wpływem stresu, bo dano mu bardzo mało czasu, albo nie ma wystarczającej motywacji, bo nagroda główna (wypłata) nie jest warta aż takiego wysiłku. I wreszcie: są korektorzy lepsi i korektorzy gorsi. Tak samo nie wszyscy uczestnicy teleturniejów są omnibusami, bo niektórzy wzięli się zupełnie z przypadku.

Ale porzućmy teraz telewizyjne zgadywanki i skupmy się na błędach w książkach. Czy to wina korektora? Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Proces wydawniczy jest żmudną pracą wielu osób i na każdym etapie może dojść do niedociągnięć. Redaktor nie dostrzeże absurdów w tekście, pierwszy korektor mimo to odwali świetną robotę (choć po części nie swoją), lecz przyjdzie drugi korektor i to wszystko zniweczy. Albo w ogóle nie będzie drugiej korekty! Jeszcze w międzyczasie autor nie zgodzi się na większość poprawek, a na koniec przyjdzie zmęczony składacz, który z gapiostwa pominie parę zmian… Po tym wszystkim książkę jednak uda się złożyć, grafik przygotuje piękną okładkę, a że nie zauważy literówki, którą zrobił w nazwisku autora? Przecież nie od tego on jest… I kogo wtedy się obwini?

Nie chcę tłumaczyć korektorów. Sama często łapię się za głowę, gdy widzę, ile błędów jest w książkach, które czytam, i z pewnością część tych niedoróbek to wina niechlujnej korekty. Jestem wręcz przekonana, że na świecie jest masa osób, które nie nadają się do tej pracy, chociaż może bardzo by chciały. Z ciekawości czasem przeglądam strony internetowe firm, które reklamują swoje usługi edytorskie – nie uwierzylibyście, ile błędów tam można znaleźć! Im na pewno nie powierzyłabym swojego tekstu. Ale czy Jan Kowalski wie, jak odróżnić dobrego korektora od złego? Niestety nie wie.

Chciałabym tylko, żebyście zapamiętali, że błąd w książce to nie musi być wina korektora. Nawet jeśli ktoś jest dobry w swoim fachu – też zwyczajnie może czegoś nie zauważyć. Tam, gdzie występuje czynnik ludzki, istnieje też ryzyko błędu. Normalna sprawa. Poza tym: książka może być tak naszpikowana błędami, że korektor cudem wyłapie 99% z nich, ale my się o tym nie dowiemy, bo zobaczymy tylko ten 1%. Z tego powodu daleka jestem od osądzania.

I właśnie dlatego też nigdy nie zaglądam do książek ani czasopism, przy których pracowałam. Zwyczajnie boję się, że znajdę jakiś błąd i będzie mnie on nawiedzał po nocach…

Ula Łupińska

Dzięki za przeczytanie tekstu! Jeśli Ci się podobał, udostępnij go na Facebooku :) I czekam na Twój komentarz pod tekstem!

  • Mój mąż sprawdza moje teksty. Jest moim redaktorem i korektorem. Jako redaktor naczelny nawet pracował. Ja jednka nie o tym. Chodzi mi o to, że, gdy czytam swój tekst po korekcie zdarza mi się znaleźć ze zamiast że, czy inne tego typu drobne błędy. Tak więc kumam, rozumiem i współczuję.

    • Nikt nie jest w stanie być swoim korektorem, dlatego przyda się właśnie ktoś taki ;)

  • Gość

    Co to za osoby, które by bardzo chciały być korektorem, ale się nie nadają? Rozumiem, że to nie są osoby, które dopiero zaczynają pracę jako korektor, i dużo się jeszcze muszą nauczyć. Jak zatem rozróżnić osobę, która zostawi błąd w książce przez presję czasu itp., od tej, która się nie nadaje?

    • Osoby, które nie mają odpowiedniej wiedzy, są zbyt mało dociekliwe, za mało czepliwe, za mało krytyczne. Brakuje im oka do wyłapywania drobiazgów. Zwyczajnie widać, że bardzo dużo im brakuje.

      „Jak zatem rozróżnić osobę, która zostawi błąd w książce przez presję czasu itp., od tej, która się nie nadaje?”
      Pod presją czasu każdy reaguje inaczej, nie znam się na tym :) I niestety nie wiem, jak odróżnić dobrego korektora od słabego, sama głowię się nad tym od dłuższego czasu.

      • Aga

        Na studiach miałam zajęcia z korekty z panią doktor, która ma wieloletnie doświadczenie w redagowaniu tekstów i jest w tym świetna. Widać było po sposobie, w jaki przekazywała nam wiedzę, że zna się na rzeczy. Przez ostatnie trzy miesiące przygotowywałam z nią publikację w ramach praktyk zawodowych. Według pani doktor do tej pracy trzeba mieć odpowiedni temperament (nie tłumaczyła mi jednak, co ma dokładnie na myśli, ale jeszcze ją o to zapytam). Ona widzi, którzy studenci się do tego nadają, a którzy nie. Drugą ważną sprawą jest ciągłe doskonalenie swoich umiejętności. Im więcej tekstów się poprawia, tym więcej się widzi i praca idzie sprawniej. Trzecia kwestia to pogłębianie swojej wiedzy z zakresu poprawności językowej (a także „przyjaźni” ze słownikami :D). Wiadomo, że nie uzna się czegoś za błąd, nie mając świadomości, jakie są normy…
        Powiedziałabym, że bycie dobrym korektorem to wypadkowa predyspozycji, wiedzy, umiejętności i…pasji :) Jeśli kogoś naprawdę kręci taka praca, będzie się do niej przykładał i stale rozwijał swój warsztat.
        A potknięcia zdarzają się zawsze. Nawet najlepszym. Jesteśmy tylko ludźmi :)

  • Gość

    A czy to nie jest tak, że doświadczonym może się wydawać, że są to osoby mało dociekliwe, mało czepliwe, mało krytyczne, a one po prostu na początku kariery takie są, ponieważ dopiero się uczą? Niektórych błędów nie widzą, ponieważ sobie ich jeszcze nie uświadomiły. I że z czasem wyłapują coraz więcej błędów, wiedzą przede wszystkim, co sprawdzać i na czym mogą się wyłożyć. Nie rozumiem stwierdzenia, że ktoś się do czegoś nie nadaje. Ale być może to ja się w tym wypadku mylę.

    • Być może czasami tak jest, że ktoś jest na początku drogi. Często jednak widzę osoby z dużym doświadczeniem, jednak z wciąż małą wiedzą. A przynajmniej za małą. Zwłaszcza że taka osoba (początkująca czy słaba w swoim fachu) zwykle pobiera takie samo wynagrodzenie jak osoba z dużą wiedzą…

    • Wanda

      Korektor musi mieć tzw. oko. Kto nie ma zdolności widzenia tekstu w taki szczególny sposób, nie zostanie korektorem. Poza tym korektor musi mieć wiedzę z zakresu Słownika Ortograficznego oraz Słownika Poprawnej Polszczyzny.
      W praktyce oko, owszem, zdarza się często,ale wiedza z zakresu SO i SPP o wiele rzadziej, a w dodatku korektorzy wcale się nie kwapią do poszerzania swojej wiedzy.

    • Każdy zawód wymaga pewnych predyspozycji i jeśli ktoś ich nie ma, to znaczy, że się nie nadaje. Nie ma tu wiele do rozumienia. Daltonista nie będzie dobrym florystą, grafikiem komputerowym czy projektantem wnętrz, a człowiek bez poczucia rytmu nie nadaje się na dyrygenta czy muzyka.

  • Gość

    A jak odróżnić słabego korektora od dobrego? Pewnie czasem się nie da. Jeśli dobry korektor wykona swoją pracę w 15 minut, a słaby będzie się bardzo starał i poświęci na tę samą pracę godzinę – to efekt prawdopodobnie będzie taki sam.

    • Oj, akurat wątpię. Szybkość nie zawsze jest właściwym wyznacznikiem. Ktoś dobry po prostu dostrzeże błąd, słaby – niekoniecznie.

  • Marylek

    Wszyscy jesteśmy omylni, zgoda. Mam jednak dwa pytania:
    1. Dlaczego w książkach wydawanych przed laty błędów było jednak mniej. A nie było wtedy Worda i opcji automatycznego sprawdzania pisowni.
    2. Co się stało z wynalazkiem erraty dołączanej niegdyś do większości książek?

    • Ad 1. Nie wiem, czy na pewno tak było. Masz jakieś konkretne dane?
      Z tego, co się orientuję, nie było takiego pośpiechu przy wydawaniu książek, a żeby zostać korektorem w wydawnictwie, trzeba było przejść chociażby jakieś testy. Nie każdego brano. Było też więcej osób pracujących nad jedną książką, a teraz najlepiej, żeby jeden człowiek był od redakcji, korekty, składu i nie wiadomo czego jeszcze…
      Ad 2. Musisz zapytać w wydawnictwach, dlaczego z tego zrezygnowano.

      • Marylek

        Konkretnych danych, w sensie statystycznego zestawienia, nie mam. To moje, czytelnika, subiektywne odczucie. Mam zwyczaj poprawiać błędy we własnych książkach i kiedyś zdarzało mi się to rzadko, teraz natomiast są praktycznie w każdej, tyle że w niektórych mniej. Pośpiech z pewnością szkodzi. I owszem, często jest tylko jeden korektor. Ale bywa i tak, że wymienia się cały sztab ludzi pracujących przy książce, a efekt jest taki, jakby była tylko jedna redakcja i to po łebkach. Może wydawnictwa oszczędzają na korektorach?

        • Jeśli o to chodzi, to korektor za pracę nad książką dostaje bardzo, bardzo mało pieniędzy. To jest jeden z tych powodów, dla których przestało mi się chcieć współpracować z wydawnictwami. Skoro za ten sam zakres prac (lub nawet mniejszy) mogę dostać trzy–cztery razy więcej np. od jakiejś firmy, to dla mnie wybór jest oczywisty.

  • Dlatego ja nie wieszam psów na korektorach. Lubię za to wieszać na wydawnictwach – w końcu one powinny dopilnować tego, żeby książka się nadawała do czytania. Nie mówię jednak tutaj o jakichś pojedynczych błędach, jak wspomniana przez panią spacja przed kropką, tylko o nawale błędów i zjedzonych końcówek.

    Dokładnych danych nie jestem w stanie podać, bo są to tylko informacje, które trzymam w głowie. Pochodzą one z obserwacji, czytania książek, czasopism oraz innych form wydawniczych. Najwięcej baboli strzelają ogromne wydawnictwa. Te, które wydają mnóstwo książek miesięcznie. Wśród mniejszych się to praktycznie nie zdarza – ot może jakaś pojedyncza spacja. Królem niedoróbek w moim prywatnym rankingu jest pewne innowacyjne wydawnictwo, które z początku naprawdę bardzo lubiłem. Kiedy jednak przeczytałem X książek i w każdej mogłem naliczyć co najmniej kilkanaście błędów to jednak mi się odechciało. W sumie to byłem szczęśliwy, jeśli znalazłem TYLKO kilkanaście śladów po braku korekty.

    Nie dziwi mnie jednak, że coraz częściej książki są w tragicznym stanie edytorskim – wystarczy zajrzeć na takie portale jak Oferia czy inne Zlecenia Przez Net. Tam się normalnie wydawnictwa ogłaszają! A ludzie się prześcigają kto zejdzie poniżej 10 gr za sprawdzenie znormalizowanej strony. Za takie pieniądze poważny korektor się pracy nie podejmie – to jak jałmużna. Jednak taki studenciak, który myśli że poprawianie jest proste i szybkie z chęcią dorobi sobie do piwa weekendowego. Wydawnictwo zaoszczędzi trochę grosza, studenciak będzie (powiedzmy) szczęśliwy, a że czytelnik będzie narzekał? Ważne, że zostawi pieniądze! A autorowi jakieś tam ochłapy też rzucimy.

    Zawsze i wszędzie będę więc powtarzał, że za korektę książek odpowiada wydawnictwo, czy się to komuś podoba czy nie. To ono jest winne baboli i ono powinno brać na klatę swoje błędy. Gnojenie korektorów nic nie da, bo nigdy nie wiemy czy ostatnio wydany bestseller jakiegoś tam wydawnictwa nie był poprawiany przez studenta znalezionego na jakiejś Oferii. O ile w ogóle był poprawiany przez kogoś innego jak przez samego autora po pół roku od napisania książki.

  • Mam dokładnie tak samo! Do książek, nad którymi pracowałam nie zaglądam wcale. Za to na jakimś forum śmiali się, że w „mojej” książce pojawił się niejaki Hans Solo. Nie znoszę Gwiezdnych Wojen i zostawiłam to tak, jak zrobiła to tłumaczka i oto mamy efekty, bo nawet nie przyszło mi do głowy, że może to być błąd.

    Za to ochoczo zajrzałam kiedyś do swojej, już wydrukowanej i oprawionej, magisterki. Od razu trzeba było wszystko rozrywać, bo nagle przy czterdziestym czytaniu odkryłam kilka błędów. Właśnie dlatego do swoich książek nie zaglądam – wolę się nie katować ;)

    • O, kurczę :D A przez całą książkę przewijał się ten Hans Solo czy tylko w jednym miejscu się pojawił?

      • Jedno miejsce. Ale i tak o jedno za dużo ;)

        • Radosław Górny

          Czyli widziałaś w całym tekście Hana Solo i nie wyczaiłaś błędu z Hansem? I jeszcze tłumaczysz to brakiem zainteresowania Gwiezdnymi Wojnami. Wybacz, ale to jest żenujące.

          • Jest żenujące, zgadzam się. Nic jednak na to nie poradzę. W tekście od tłumaczki miałam Hansa, nazwisko znałam ze słuchu, więc nie zaświeciła mi się w tym miejscu czerwona lampka ;) Redaktor merytoryczny też nie zauważył błędu, ale on pewnie skupiał się na tym, co w książce było najważniejsze. Han Solo do elementów istotnych tutaj nie należał.

          • Radosław Górny

            Imię jednego z głównych bohaterów to rzeczywiście mało istotny element ;) Ale nadal nie rozumiem jakie znaczenie ma tutaj Twoja znajomość/nieznajomość Gwiezdnych Wojen. Jeśli czytam jakąkolwiek książkę i imię którejkolwiek postaci jest przekręcone, to jest to łatwe do wyłapania. Denerwują mnie takie błędy. Czytam teraz książkę (poradnik), w której nazwisko pewnej osoby jest zapisane w trzech wersjach (dwóch błędnych) na dwóch sąsiednich stronach. Jakoś nie muszę znać tej osoby, żeby to zauważyć.

          • Skąd pomysł, że to jeden z głównych bohaterów? Wierz mi, w biografii zespołu muzycznego taka postać jak Han Solo przywołana aż raz nie ma wielkiego znaczenia :)

          • Radosław Górny

            Myślałem, że tłumaczyłaś któreś wydanie Gwiezdnych Wojen :) Czytam teraz polską wersję książki „The Antidote” autorstwa Olivera Burkemana. Powiedz mi jak to jest możliwe, że w tej książce jest byk na byku? Czy korektorzy nie czytają całości po skończonej pracy? Książka roi się od źle odmienionych słów (przypadek niepasujący do kontekstu), źle zapisanych nazwisk itd. Pomijam fakt, że nawet tytuł źle przetłumaczono. Oryginalny tytuł to „The Antidote: Happiness for People Who Can’t Stand Positive Thinking”, a przetłumaczono to na „Szczęście. Poradnik dla pesymistów”. Nie chodzi mi o przetłumaczenie The Antidote na Szczęście, bo w zmianie tytułu nie ma nic strasznego. Ale podtytuł jest już nieudolnie przetłumaczony, bo „people who can’t stand positive thinking” i „pesymiści” to, delikatnie mówiąc, nie jest to samo. Książka z pesymistami nie ma nic wspólnego i to wygląda tak, jakby autor polskiego tytułu nigdy jej nawet nie przeczytał.

    • Wanda

      Redaktor nie może czegoś nie znosić i w związku z tym nie mieć o tym pojęcia. Han Solo jest elementem kultury, jeśli redaktor wie, że nie znosi tematu, to tym bardziej powinien sprawdzić. Nie trzeba oglądać „Stawki większej niż życie”, żeby nie napisać Hans Klops. Hans Solo to rzeczywiście kompromitacja. Zresztą co to znaczy „Nie znoszę Gwiezdnych Wojen”, skoro tak bardzo nie ma Pani o nich pojęcia, że nie wie, jak się nazywa kultowy ich bohater.
      Ja na przykład nie oglądałam żadnych „Gwiezdnych wojen”, ale Hana Solo znam.
      Niemniej ciekawa jestem, co tłumaczka miała w głowie, gdy pisała o Hansie Solo. Bo zapewne pojawił się on w książce nie bez powodu, tłumaczce powinien się z czymś skojarzyć, jeśli przekład miał być dobry. Najwyraźniej też nie znała tej postaci.

      • Wydaje mi się, że „Gwiezdne wojny” są tak osadzone w popkulturze, że chcąc nie chcąc coś się o nich wie, nawet jeśli się ich nie oglądało (jak ja) czy nawet nie lubi. Ale właśnie: to mnie się wydaje, a trochę bez sensu oceniać własną miarą :) Tak czy siak, jeśli to była jednorazowa wpadka, tobym wybaczyła. Ale jeśli tak było w całej książce – zastanawiam się, co to za nierzetelna tłumaczka.

        • Han Solo? Pierwsze słyszę. Mam w związku z tym nadzieję, że sama nigdy nie trafię na nic związanego z „Gwiezdnymi wojnami” :)

  • Ileż znam takich historii… Nielogiczna ścieżka pracy między redaktorem, korektorem, składem, konsultantem i znajomym królika. Albo scalanie pracy redaktora i korektora. Albo faktycznie tekst TAK ZŁY, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. Albo wykańczająca praca „na wczoraj”. No ale potem zostaje nazwisko korektora i wstyd. Ech.

  • Czytając polskie książki raczej rzadko dostrzegam jakiś błąd. Na pewno wprawiony korektor je dostrzega, ale zwykły czytelnik raczej nie. A orientuje się Pani ile razy książka musi przejść korektę, zanim zostanie wydana? Dwa razy?

    • Zanim zostałam korektorem, też widziałam :) Tak, zwykle są dwie korekty.

  • Martyna

    Cieszę się, że nie widzę takich błędów, bo straciłabym radość z czytania.

  • Trzy słowa: errare humanum est. Twórca, pisarz, dziennikarz, tłumacz, redaktor, korektor – wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i mamy prawo do popełniania błędów. I o ile jestem wielką zwolenniczką idei „równania w górę” i dążenia do ideału, to jednak mam w sobie ogromną wyrozumiałość. Literówka to literówka, od tego się nie umiera :-)

  • Mnie się wydaję, że trochę dziś za bardzo polega się na autokorekcie. Gdy mam wyłączoną, ale o tym nie wiem, to nie widzę żadnego błędu. A po włączeniu wszystko na czerwono ;) Inna kwestia to taka, że jak sama piszesz, korektorzy marnie zarabiają, a przecież w tym zawodzie trzeba się wykazać ogromną wiedzą.

  • Jak dla mnie literówki mogą się zdarzyć, ale bardziej razi mnie brzmienie zdań – szczególnie w niektórych książeczkach dla dzieci. Pisałam kiedyś o tym na swoim blogu i zastanawiałam się, czyja jest to wina. Zrzuciłam ją na wydawnictwa :) http://mojesedno.pl/2012/03/12/dobry-jezyk-w-ksiazkach-dla-dzieci/

  • Z mojego wydawniczego doświadczenia – każda książka czytana jest wielokrotnie przez wiele osób. Mimo to, niemal każda lektura pozwala znaleźć błąd. Ja już niemal znam na pamięć książki nad którymi pracuję, co jest bardzo zgubne, bo za każdym razem trzeba czytać, jakby się czytało pierwszy raz.

  • Monia

    „litrówkę” – jedna z moich ulubionych literówek :D Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać.
    Artykuł – sama prawda. Na redakcyjnej, której mi nikt nie pokazał, redaktorką była Barabara…