Międzynarodowy Dzień Freelancera

Czy warto być freelancerem? 18 powodów na TAK

Wychowałam się w środowisku, w którym wszyscy dorośli pracowali na etacie. Jedynym odstępstwem od reguły były okresy bezrobocia, po których prędzej czy później i tak wracali do pracy – oczywiście przez osiem godzin dziennie. Wydawało mi się, że to coś normalnego i powszechnego. Jako nastolatka nie myślałam jeszcze o swojej przyszłości, ale podświadomie czułam, że w moim przypadku pewnie też tak będzie. Tymczasem niedługo skończę 27 lat i nigdy nie miałam umowy o pracę ani płatnego urlopu. Nie wiem nawet, jak to jest mieć naraz tylko jedną pracę. Moje życie tak się potoczyło, że zupełnie naturalnie wyewoluowałam we freelancera. I szczerze? Nie wyobrażam sobie, bym mogła pracować inaczej.

21 września obchodzimy Międzynarodowy Dzień Freelancera (co pokrywa się z dniem, w którym ja i mój freelancer się poznaliśmy!) i z tej okazji chciałabym Wam przedstawić 18 powodów przemawiających za tym, że warto być freelancerem.

 

Dlaczego warto być freelancerem?

 

#1

Wysypiam się. Jestem nocnym markiem i przymus codziennego wstawania rano do szkoły był dla mnie horrorem. Zamykające się oczy, nierozbudzone mięśnie, jeszcze niemyśląca głowa… Nie miewam już takich poranków od dawna, bo czas pracy dostosowany jest do mnie (no prawie!), a nie odwrotnie. A gdy poczuję, że oczy mi się kleją – mogę uciąć sobie drzemkę, zregenerować się i powrócić do pracy.

 

#2

Lepiej się odżywiam. OK, tu akurat dochodzi też kwestia mojego własnego rozwoju w tym temacie, ale fakt faktem – nie funkcjonuję już na drożdżówkach ani obwarzankach, nie tracę pieniędzy u Pana Kanapki i zjadam ciepłe i świeże obiady, a nie takie odgrzewane w mikrofali. Nie muszę też zjadać posiłków w pospiechu. Ponadto przestałam pić kawę i energetyki, bo już nie potrzebuję się pobudzać.

 

#3

Nie marznę.27 faktach o mnie wspomniałam Wam, że jestem strasznym zmarźlakiem. Pracuję z domu i tu nikt mi nie narzuci temperatury, na którą ma być ustawiona klimatyzacja (dopasowana do większości). Gdy będzie mi za ciepło, otworzę okno lub się rozbiorę (nikt nie widzi!). A gdy będzie mi chłodniej, po prostu pójdę po bluzę, schowam się pod koc albo wręcz pod kołderkę. Albo pod jedno i drugie!

 

#4

Mniej cierpią moje plecy. Od czasów licealnych mam problemy z kręgosłupem. W pewnych okolicznościach mocno mi się on przeciąża i zwyczajnie dokucza. Oczywiście sam fakt bycia freelancerem pracującym zdalnie tego nie wyeliminował, ale dzięki temu, że jestem w domu, w dowolnym momencie mogę zmienić pozycję z siedzącej na półsiedzącą, położyć się na chwilę, porozciągać lub w ogóle dowolnie się powyginać – czego nie zrobiłabym w korpo. Nie muszę także dźwigać torby na trasie praca–dom, wypełnionej pudełkami z jedzeniem, książkami i innymi szpargałami umożliwiającymi przetrwanie dnia.

 

#5

Nie choruję. Serio. Pamiętam, że gdy przez rok pracowałam w pewnej firmie na „etacie” (zachowany stosunek pracy, ale oczywiście podpisana umowa zlecenia / o dzieło), gripexy łykałam jak cukierki. Tam nikt by mi nie dał L4. Nie pracuję = nie zarabiam. Pieniądze nie były ogromne, więc każda strata bolała. Wtedy uważałam, że lepiej nafaszerować się na noc tabletkami, by rano wstać i względnie nadawać się do życia. Nie miałam też żadnej pewności, że moi współpracownicy są zdrowi. A teraz? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam choćby katar.

 

#6

Brak innych ludzi. Jestem introwertykiem i lubię ludzi wtedy, gdy nabiorę na to ochoty, ale w pozostałych przypadkach wolę ciszę i samotność. Gdybym musiała dzień w dzień siedzieć w open spasie, otoczona jednostkami gadającymi, rozpraszającymi i słuchającymi muzyki, która mnie nie interesuje, bez możliwości schowania się w samotni – prawdopodobnie bym zwariowała. Wszystkie te elementy obniżają moją produktywność, a wychodzę z założenia, że w pracy jestem po to, by pracować, a nie spędzać czas na pogaduszkach (choć to też jest potrzebne).

 

#7

Brak innych ludzi to także inny komfort pracy i – poniekąd – brak konkurencji. Nikt mi nie podłoży świni, nikt nie oskarży mnie o podlizywanie się szefostwu albo zdobycie awansu mało chwalebnym sposobem. Nie ma takiej możliwości, bo pracuję w 100% na własny rachunek i moje osiągnięcia to wyłącznie wynik mojej pracy – niczego więcej.

 

#8

Mam mniej stresów i święty spokój. W pewnym momencie życia zdałam sobie sprawę z tego, że jedną z najważniejszych rzeczy jest dla mnie właśnie święty spokój. Od tamtego czasu sukcesywnie ograniczam sytuacje, które mogą ten spokój zburzyć (nie tylko na gruncie zawodowym). Szef, który się na mnie wydziera? Koleżanka, która obgaduje mnie za plecami? To są rzeczy mi obce. I niech tak pozostanie.

 

#9

Mniej się porównuję i nabrałam dystansu do wielu spraw. Ostatnio sobie uświadomiłam, że moja zmniejszona częstotliwość kontaktów z ludźmi wpływa na niepodążanie za sztucznie kreowanymi potrzebami: nowa torebka, nowe buty czy nowa szminka. Nie oglądam na co dzień pięknie wystylizowanych koleżanek z pracy, nie podpatruję ich i nie mam do kogo się porównywać. Dzięki temu nie wpadam w kompleksy ani nie zagłuszam ich zakupami. Ba, przez większość czasu nie noszę też makijażu. Po prostu jestem dobrze oswojona ze sobą (nawet jeśli nie mam najnowszej spódniczki z Zary).

 

Międzynarodowy Dzień Freelancera

 

#10

Nienadszarpnięte poczucie własnej wartości. Tu miałam problem z krótkim opisem, ale już wyjaśniam: ja i mój klient jesteśmy sobie równi. Nie jestem tylko pionkiem w wielkiej machinie, którym można pomiatać, bo ma tylko wykonywać zadania, i który jest łatwy do zastąpienia przez kogoś innego. W moim świecie nie ma też hierarchii. Gdy jakaś firma jest zainteresowana współpracą ze mną, przychodzi do mnie jako do drugiej firmy – i to w moim odczuciu naprawdę sporo zmienia w takich relacjach. To mi odpowiada o wiele bardziej niż bycie szeregowym pracownikiem, którego nazwisko nikomu nic nie mówi, bo cała chwała spływa na zakład pracy.

 

#11

Pracuję na sprzęcie, na jakim ja chcę, a nie na takim, jaki łaskawie zapewni mi firma. Do dziś pamiętam, jak się wkurzałam, gdy musiałam korzystać z jakiegoś topornego komputera z Windowsem. Samo w sobie nie było to takie złe, ale w pracy korektora potrzebne są znaki, których nie da się uzyskać ze zwykłej klawiatury – a już na pewno nie da się tego zrobić w łatwy sposób. Dlatego niezmiennie chwalę sobie pracę na macbooku! Jasne, mogłam go wtedy dzień w dzień ze sobą targać, ale a) dlaczego mam eksploatować własny sprzęt na rzecz czyjejś firmy?, b) co na to moje plecy (patrz: punkt nr 4)?

 

#12

Opanowałam sztukę negocjacji i asertywności. Nie jestem w tym mistrzem, ale jest naprawdę o wiele lepiej niż jeszcze kilka lat temu. Ogromną zasługą tego jest… internet. Jako introwertyk nie powiedziałabym komuś twarzą w twarz nawet połowy rzeczy, które mogę przekazać w e‑mailu. Byłabym cichą myszką, która nie umie walczyć o swoje. Lub wręcz przeciwnie: zbyt często dawałabym ponosić się emocjom. A tak to mogę na spokojnie odczytać czyjąś wiadomość, ochłonąć, ustosunkować się do niej, ewentualnie przegadać z kimś sprawę i dopiero wtedy odpisać.

 

#13

Mam większą świadomość pieniądza i swoich praw. Podpisałam w życiu naprawdę sporo różnych umów i przy okazji sporo się dowiedziałam na temat różnych zagadnień prawniczych – nie stałoby się tak, gdybym pracowała ileś lat na jednej umowie o pracę. Dzięki prowadzeniu własnej firmy dopiero teraz wiem, ile moich zarobków tak naprawdę muszę oddać państwu. A to przekłada się na docenianie wartości każdej złotówki i chęć lepszego zarządzania pieniędzmi, co od pewnego czasu wdrażam. I sprawia mi to ogromną radość!

 

#14

Nauczyłam się, że pieniądze nie są najważniejsze. Jeszcze rok temu chwytałam się niemal każdego możliwego zlecenia w myśl „ziarnko do ziarnka…”. Kończyło się to tym, że nie miałam czasu na sen, na przyjemności ani na spotkania towarzyskie. Kasa pewnie jakoś się przydała, ale naprawdę tego nie pamiętam. Zapamiętałam za to, że przez trzy miesiące nie byłam w stanie spotkać się z kumplem, który mieszkał trzy przystanki ode mnie (piętnaście minut na piechotę), bo ciągle pracowałam.

 

#15

Zrobiłam się wybredna/ostrożna. Gdy ktoś do mnie pisze lub dzwoni w sprawie zlecenia, a ja czuję, że po stronie tej firmy coś jest nie tak – zazwyczaj odmawiam. Może to być nieregularny kontakt, nietypowe wymagania, brak jasności w jakichś kwestiach, zły przepływ informacji między pracownikami… Uważam, że szkoda na to czasu i moich nerwów. W końcu święty spokój to podstawa :)

 

#16

Nabieram nawyku sprawdzania w internecie opinii o firmach, aby ustrzec się przed tymi, które zalegają z płatnościami. Już raz się sparzyłam, przez co do dziś pewna firma nie zapłaciła mi ponad 600 zł. (Może nie jest to szalona kwota, ale lepiej mieć tyle w portfelu niż tylko na papierze). Gdy po czasie zaczęłam czytać, co ludzie piszą na forach, ucieszyłam się, że w moim przypadku to tylko 600 zł, a nie kilka tysięcy…

 

#17

Mój dzień jest elastyczny, a ja mobilna. Na myśl o obowiązkach domowych po pracy nie padam na nos, bo mogę ogarniać zlecenia, a w międzyczasie nastawić pranie, pójść na pocztę, wygłaskać koty, pogadać z mamą przez telefon, zamówić zakupy, ugotować obiad. A potem spakować się, by przez kolejne dni pracować np. z Madrytu i w wolnym czasie zwiedzać. True story! Mogę też pracować w parku albo w ulubionej kawiarni. Mogę również średnio co dwa lata zmieniać miasto, w którym mieszkam. I wychodzi na to, że tak właśnie robię. A! No i kurierzy prawie zawsze zastają mnie w domu.

 

#18

Gorszy dzień freelancera i tak jest lepszy niż gorszy dzień etatowca. Pomyśl, że masz wielkiego niechcieja albo boli Cię brzuch, łydka, głowa. Lub masz „te dni” (cudowny eufemizm), jeśli jesteś kobietą. W takim stanie i tak prawdopodobnie musisz iść do pracy. A ja w tym czasie mogę owinąć się kocem, zrobić sobie kakauko, wziąć termofor i nadawać z kanapy. Jeden zero dla mnie!

 

Nie twierdzę, że bycie freelancerem to tylko sielanka – ale sami przyznacie, że taki tryb pracy ma całkiem dużo zalet, prawda? Oczywiście powyższe przykłady wynikają wyłącznie z mojego doświadczenia, które obejmuje m.in. nieprzyjemny okres pracy stacjonarnej w biurze. Jestem przekonana, że część z Was lubi swoją pracę na etacie. Dajcie znać, czy choć trochę przekonałam Was do tego, że warto być freelancerem!

PS Na zdjęciach możecie zobaczyć mnie i moją nieodłączną towarzyszkę Kluskę, gdy pracujemy :)

Ula Łupińska

Dzięki za przeczytanie tekstu! Jeśli Ci się podobał, udostępnij go na Facebooku :) I czekam na Twój komentarz pod tekstem!

  • Kasia

    Zainteresowałaś, nawet bardzo! Sama to rozważam od jakiegoś czasu, jednak ciągle mam sporą niepewność i niewiedzę jeżeli chodzi o wszelkie zagadnienia prawne z tym związane. Mam nadzieję, że niedługo je rozwieje i spróbuję tego trybu pracy. :)

    • Co dokładnie Cię powstrzymuje? Ja długo pracowałam na podstawie umów cywilnoprawnych; sporo się zmieniło dopiero, gdy założyłam firmę. Myślę, że nie jest to aż tak trudny temat do ogarnięcia :) Zawsze sobie powtarzam w takich sytuacjach: mnóstwo ludzi przede mną dało radę, dlaczego więc ja miałabym nie dać rady?!

      A jeśli masz jakieś pytania, to napisz (niekoniecznie w komentarzu), postaram się pomóc :)

      • Aga

        Mnie też trochę przeraża to, że nie znam się kompletnie na tych umowach. Obawiam się, że zostanę oszukana. Chętnie dowiem się jak to wygląda, od czego zacząć i gdzie szukać zleceń. Taka praca by mi odpowiadała, ponieważ mogłabym spokojnie dokończyć drugi kierunek, a w przyszłym roku podjąć studia doktoranckie. Zamierzam jeszcze w tej sprawie do Ciebie napisać w najbliższym czasie :) Dzisiaj jednak świętuję zdobycie tytułu magistra filologii polskiej :)

        • O, gratulacje!!! :))
          A podpisywałaś wcześniej jakieś umowy? I czego konkretnie się obawiasz? Jakiego oszustwa?

          • Aga

            Nie podpisywałam nigdy żadnych umów i przydałby mi się „kurs” z tego zakresu, żeby wiedzieć na co zwracać uwagę, na jakie warunki można się zgodzić, a na jakie nie. Obawiam się, że z powodu swojej niewiedzy mogłabym podpisać umowę niekorzystną dla mnie (o czym przekonam się po fakcie) i zleceniodawca nie zapłaci mi za moje usługi.
            Zastanawiam się też, jak wycenić taką pracę i jaka może być stawka za arkusz wydawniczy (a może jakoś inaczej ustalasz cenę?). Mam jeszcze milion innych pytań i wątpliwości, które zacznę chyba spisywać i wyślę hurtem w mailu :)

          • O takich zupełnych podstawach (o podpisywaniu umów) nie myślałam. Mogę coś podpowiedzieć prywatnie, ale raczej nie zechcę się wypowiadać na ten temat w osobnym tekście, bo nie jestem specjalistą w tym zakresie. Zobaczymy!

  • Ten wpis uświadomił mi, że rzeczywiście nie choruję często, od kiedy pracuję tylko w domu. :) Lubię tę swobodę i tryb, ale brakuje mi biura. Może dlatego, że mam bardzo dobre wspomnienia z nim związane… Jestem więc rozdarta. ;)

    • Mnie czasami tak ogółem brakuje ludzi, bo jednak przez pracę w domu jestem o wiele bardziej wyobcowana, ale gdy tylko sobie przypomnę czasy biurowe… Nie, dziękuję, tu mi dobrze ;)
      A rozważałaś np. jakiś coworking? To taka namiastka biura dla freelancera.

      • Miałam przez chwilę taką myśl, ale sprawdziłam cenniki i stwierdziłam, że mi się to w tym momencie kompletnie nie opłaca. :)

  • wraith

    Ostatni argument – przekonałaś mnie. Teraz powiedz tylko, ile miesięcznie zarabiasz netto – znalezienie w necie informacji, na ile może liczyć korektor, graniczy z cudem.

    • Planuję tekst o tym, czy z bycia korektorem można się utrzymać, ale raczej nie będę rozmawiać o swoich zarobkach – zwłaszcza że u mnie to bardziej skomplikowane: 1) do momentu zapłacenia podatku często nawet nie wiem, ile dokładnie mi zostanie na rękę, 2) zarabiam obecnie nie tylko na korektach tekstów.

  • Pingback: Ile zarabia korektor i czy da się z tego wyżyć? • Ula Łupińska ()

  • Sylwia

    Powody, dla których warto być freelancerem:
    1. Kot
    2. Kot
    3. Kot
    4, Kakauko + kot
    :D

    • Właśnie tak to u mnie wygląda, tylko że zwykle nie chce mi się robić kakauka :D

      • Sylwia

        Przydatny byłby też wpis „XX powodów, dla których NIE warto być freelancerem”, czyli rzeczy, które należy mieć na uwadze, a które nie należą do najprzyjemniejszych aspektów takiej pracy.

        • To może kiedy indziej! Z okazji Międzynarodowego Dnia Freelancera chciałam skupić się na pozytywach, bo naprawdę uwielbiam ten sposób pracy – trudno byłoby mi więc go nie zachwalać :) Ale tak jak wszystko ma też swoje minusy.

  • Pingback: Jak zostać korektorem? Wybieramy tryb pracy korektora • Ula Łupińska ()

  • Milena

    ha ha :) świetny artykuł! i zgadzam się z każdym punktem (pracuję jako freelance translator), jakbym siebie widziała. no może tylko zamieniłabym kakauko na herbatkę i niestety kota nie mam, ale za to w przerwach pracowych przytulam gitarę. jedyne czego mogłabym sobie życzyć to jednak trochę więcej zleceń, bo na razie ciut przymało. aha, jeśli chodzi o tych niepłacących – miałam kiedyś taką firmę z Indii, wisieli mi 800zł, zaczęłam pisać do nich maile, grzeczne, ale natarczywe i częste (uczepiłam się jak rzep). po paru miesiącach zapłacili 1/3, więc dałam im spokój na 2 tygodnie, po czym wróciłam do maili. zajęło to chyba z rok, ale mi zapłacili :) niestety od tamtej pory jestem zrażona do firm indyjskich i odmawiam z nimi współpracy. ale może nawet lepiej na tym wychodzę… pozdrawiam spod kocyka :)

  • Pingback: Gdy freelancer idzie na urlop… • Ula Łupińska ()

  • Widzę, że mamy wiele wspólnego. Też jestem freelancerką, pracuję w domu, jestem zadeklarowaną introwertyczką i też nigdy nie pracowałam na etacie – przeszłam od razu z fazy studiów na freelance :) pozdrawiam

    • Cześć, Gosiu! Miło mi Cię tu widzieć, zwłaszcza że dużo nas łączy :))

  • Adam Stanisław Kędzior

    Szanowna Pani Redaktor,

    Jestem studentem Filologi Polskiej. Przeczytałem Pani artykuł i uważam, że jest bardzo ciekawy.Mam jednak jedno pytanie/zarzut. Dlaczego Pani jako redaktor, który powinien dbać o Nasz Ojczysty Język używa słów pochodzenia angielskiego, które mają odpowiedniki znaczeniowe w Naszym Języku Ojczystym. Uważam, że my studenci lub byli studenci Filologii Polskiej a także ludzie, którzy na co dzień dbają o poprawność językową, tak jak Pani Redaktor, nie powinniśmy używać anglicyzmów w sytuacji gdy ma on odpowiednik w języku polskim. Uważam, że jeśli nie my będziemy dbać o „nie zachwaszczanie” naszego języka to kto inny o to zadba?

    Z wyrazami szacunku
    Adam Stanisław Kędzior

    • Adamie, które słowo tak bardzo Ci się nie podoba?

      Na co dzień nie mówię polszczyzną literacką i na blogu też nie zamierzam w ten sposób stylizować swoich wypowiedzi, bo nie byłoby to dla mnie naturalne.

      • Adam Stanisław Kędzior

        Szanowna Ulu,

        Moje pytanie/zarzut tyczyło się słowa „freelancer”, które w języku polskim ma takie odpowiedniki: wolny strzelec, wolny zawód, człowiek nie związany żadną umową na stały etat z jednym pracodawcą.

        Adam Stanisław Kędzior

    • Oj, Adamie ;) Rozumiem, że nie używasz słowa „pendrive”, tylko „mała, przenośna pamięć, którą można podłączyć do komputera”? :D

  • Ja prawie non stop jestem!

  • Taka praca wymaga wbrew pozorom dobrej organizacji, a niestety nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.

  • Pingback: Najważniejsze słowa 2015 roku • Ula Łupińska ()

  • Pingback: Minusy bycia freelancerem • Ula Łupińska ()

  • Wszystkie plusy są nieocenione, jednak większość freelancerów narzeka na brak kontaktu z ludźmi :(

  • Wszystko ma swoje plusy i minusy. Niestety będąc freelancerem nigdy nie zamykasz za sobą drzwi biura – pracując w domu tak naprawdę zawsze jesteś w pracy.