Freelancerem być: przyjaźń z klientami?

Piszemy do siebie, dzwonimy, wysyłamy SMS-y. Często o naprawdę dziwnych porach. Składamy sobie życzenia urodzinowe, świąteczne, z okazji zaręczyn i ślubu, a także szybkiego powrotu do zdrowia. Doradzamy sobie w sprawie seriali, miejsc podróży, knajp z dobrym jedzeniem. Brzmi to jak opis bardzo dobrej znajomości albo wręcz przyjaźni – a to „tylko” moja relacja z klientami, z którymi współpracuję. Ludzi, których znam od lat, a których w większości nigdy nie spotkałam na żywo.

 

Nie wiem, jak wyglądają relacje innych freelancerów czy przedsiębiorców z ich klientami, ale ja swoich naprawdę bardzo lubię. Wychodzę z założenia, że szkoda czasu na współpracę z osobami, z którymi nie czuję wspólnej płaszczyzny porozumienia. I to nie chodzi o to, że coś jest z nimi nie tak – pewnie są fajni, ale zwyczajnie między nami nie zaiskrzyło. Często dobieram klientów na podstawie intuicji, bywa wręcz, że po pierwszym e-mailu wiem, że nie będę chciała w to brnąć. Kto wie, może się mylę (nigdy się nie dowiem), ale zwykle dobrze wychodzę na słuchaniu swojego wewnętrznego głosu.

Z większością klientów współpracuję od lat i chyba ze wszystkimi jestem na ty. Podoba mi się ten model komunikacji, który udało mi się z nimi zbudować. Wprawdzie cały czas chodzi o pieniądze (bo ja chcę jak najmniej się narobić i jak najwięcej zarobić, a oni chcą jak najmniej zapłacić za jak najlepiej wykonaną usługę), ale na co dzień w ogóle tego nie odczuwam. Chyba mogę powiedzieć, że jest to taka specyficzna przyjaźń między mną jako freelancerką a nimi jako moimi klientami. Tkwimy w tej relacji od lat i wierzę, że jest to szczęśliwy „związek”, skoro każda ze stron czuje się w nim dobrze i nie chce go zakończyć.

Tak, mogę napisać klientom, że teraz nie mogę, bo boli mnie głowa albo poczekajcie, bo muszę jechać z kotem do weterynarza, i oni to rozumieją. Tak samo jak ja rozumiem, że czasami z ich strony wypadnie coś na ostatnią chwilę i będę musiała spiąć poślady, żeby skończyć zlecenie, albo stanie się tak, że na jakiś projekt dostaną mniej kasy, w związku z czym będę musiała (chciała) nieco obniżyć swoją stawkę.

Wszystko jest kwestią dogadania – i dotyczy to obu stron. Nie ma tu ciemięzcy i ciemiężonego, jesteśmy partnerami. Każde z nas chce pracować w fajnej atmosferze, mimo że nasz najbardziej namacalny kontakt to zazwyczaj moment, w którym podczas rozmowy przykładamy telefon do ucha.

Ula Łupińska

Dzięki za przeczytanie tekstu! Jeśli Ci się podobał, udostępnij go na Facebooku :) I czekam na Twój komentarz pod tekstem!

  • Taka asertywna przyjaźń to trudna sprawa, ale sądzę, że ci, którzy potrafią ją okazywać, są najbardziej wartościowi we współpracy :) sama mam takie klientki i świetnie mi się z nimi współpracuje! Co ważne, pomimo naszej dobrej więzi nie próbują wyłudzać ode mnie zniżek, nie pracuję dla nich za półdarmo, a z drugiej strony ja jako wykonawca nie ociągam się, nie robię zleceń na pół gwizdka. Sądzę, że jest to model współpracy, który ciężko zrozumieć wielu osobom.

    • No i świetnie! Fajnie, że nie tylko ja lubię swoich klientów :) I mimo że to profesjonalna relacja, to jednak przyjazna!

      • Pewnie, o wiele lepiej się pracuje, bez presji i spiny, chociażby o to, że nie wyrobię się z deadline’m ze względu na wizytę u weterynarza ;) Gdyby tak ze wszystkimi ludźmi dało się tak pracować, to świat byłby piękny…

  • Ja też mam świetne kontakty z moimi klientami :) czasem słyszę przerażające historie fotografów o koszmarnych klientach i zastanawiam się, czy ja żyję w jakieś bańce (i kiedy ona pęknie?) ;) Sama ostatnio pisałam o tym post na blogu (czy ja to dobrze odmieniłam?!:D) i okazało się, że sporo osób nie zwraca na to uwagi.. A to przecież takie ważne, z kim pracujemy (zwłaszcza jeśli robimy to na dłuższą metę).

    • Może to jakiś nieuświadomiony masochizm? Przecież freelancerzy sami sobie wybierają klientów… Chyba że to jakieś przyzwyczajenie z etatu (jeśli ktos na nim wcześniej był), że pracują z tymi osobami, które się trafią?

      PS Dobrze odmieniłaś :P

  • Ana

    Z perspektywy specjalisty na etacie, który ma styczność z klientami i zleceniobiorcami swojej firmy, mogę tylko dodać, że takie relacje to skarb. Zdecydowanie łatwiej się załatwia wspólne sprawy i jest po prostu przyjemniej. No i w trudnych czy wręcz kryzysowych sytuacjach bywa łatwiej. Najlepiej się to widzi, gdy trzeba pracować z kimś, kto od początku robi złe wrażenie – a musisz, bo to nie ty dobierasz klientów…

    • O tak, pod tym względem freelancing > etat, bo nikt nikogo nie zmusza do pracowania z ludźmi o zupełnie innej kulturze pracy czy przy projektach, które nam nie odpowiadają. I chyba też freelancerowi łatwiej wymienić klienta niż dużej firmie, jak myślisz?

      • Ana

        To zależy od punktu siedzenia – moja firma jest akurat takim zleceniodawcą, że wielu zleceniobiorcom zależy na pracy z nami. To my ich wymieniamy, ale mimo to są sytuacje i ludzie, z którymi chcąc nie chcąc trzeba projekty doprowadzić do końca. Ale to z punktu widzenia mojego działu – marketingu. Bo np. w handlu sytuacja jest już mniej różowa i nawet tak duża firma jak ta, w której pracuję, miewa takich klientów, którzy wręcz dyktują warunki. A przynajmniej chcą to robić, a my z tym walczymy.