#MyFirst7Jobs, czyli kim byłam, zanim zostałam Panią Korektor?

Przez internet przewinęła się ostatnio fala wyznań otagowanych #myfirst7jobs. Chodzi w tym po prostu o to, że ludzie opowiadają o tym, jak zaczęli zarabiać lub jakie inne zajęcia wykonywali (niekoniecznie odpłatnie). Ja dziś Wam opowiem o swoich pierwszych siedmiu pracach, za które rzeczywiście otrzymywałam pieniądze. Poznajcie moją historię, zanim zostałam Panią Korektor!

 

#MyFirst7Jobs

 

1. Pieniądze za czytanie

We wczesnych latach podstawówki dostawałam od rodziców grosiki za każdą przeczytaną książkę oraz każdy wierszyk, którego nauczyłam się na pamięć. (Nie pamiętam, dlaczego tak było, bo zawsze sama z siebie chętnie czytałam!) Problem miałam z książkami – zawsze miałam rozpoczętych przynajmniej kilka naraz, ale każdą traciłam zainteresowanie zwykle kilkanaście stron przed końcem, w związku z czym „zarabianie” szło mi marnie. Z tamtego okresu pamiętam głównie poezję Ewy Szelburg-Zarembiny oraz prozę fantastyczną (?) rosyjskich pisarzy. Teraz w ogóle nie czytam takich rzeczy!

 

2. Pieniądze za pisanie

Również w podstawówce, czyli w czasach przed powszechnym dostępem do internetu, postanowiłam prowadzić czasopismo o swoim ulubionym zespole – Spice Girls. Takie gazetki były wtedy modne: zbierało się wycinki z gazet, naklejało je na kartkach, które następnie kserowało się (często poza zdjęciami były tam też odręcznie pisane artykuły, rysunki itp.), a potem spinało razem, żeby przypominały gazetkę. Po pierwszym numerze zamknęłam swoje wydawnictwo. Zdradzę jeszcze, że został sprzedany cały jeden numer (kupiła go koleżanka mojej siostry), ale obwiniać tu mogę wyłącznie siebie i swój brak umiejętności sprzedażowych. (Od zawsze wiedziałam, że byłabym marnym akwizytorem!)

 

3. Pieniądze za nianiowanie

Kolejne lata upływały mi bez płatnych zajęć, bo gdy coś robiłam, to za darmo. Aż nadszedł czas studiów, gdy zaczęłam dorabiać jako niania. Do dziś nie mogę pojąć, jakim cudem wytrzymałam tyle czasu, opiekując się dziećmi! (Zwłaszcza że za nimi nie przepadam). Nie miałam wielkiego doświadczenia w kontaktach z maluchami, nigdy nie znałam wielu zabaw, a po całym dniu na uczelni często brakowało mi już siły na zajmowanie się kimś. Dzisiaj przyznam się do tego po raz pierwszy: czasami byłam tak padnięta, że gdy odbierałam swoją podopieczną z przedszkola, zdarzało się, że zwyczajnie kładłam się potem na kanapie w mieszkaniu tej rodziny, by zaliczyć choć kilka minut snu. A dziewczynkę przykładowo zostawiałam na ten czas z jakąś zabawą (bardzo rzadko przed TV, bo rodzice tylko od czasu do czasu pozwalali jej na oglądanie bajek). Mam nadzieję, że nie było tam kamer!

Naprawdę było to dla mnie mocno wyczerpujące, szczególnie że po powrocie z pracy musiałam jeszcze nadrobić zadane lektury, by przygotować się do zajęć. Nie wspominam o prawie godzinnej drodze do domu, bo mieszkałam w zupełnie innym miejscu Warszawy niż rodzina, która mnie zatrudniała… Mam świadomość, że nie była to najtrudniejsza praca, jaką można sobie wyobrazić, ale z perspektywy czasu trochę żałuję, że nie miałam czasu na spotykanie się z rówieśnikami, zapoznawanie ludzi, korzystanie z bogatej oferty stolicy i popełnianie błędów młodości – bo zwyczajnie musiałam zarobić na swoje utrzymanie. Teraz nawet nie bardzo mam co wspominać, bo cała moja ówczesna rzeczywistość to były godziny spędzone na dojazdach, studia, praca, przygotowanie do zajęć, spanie.

 

4. Pieniądze za swatanie

Po pracy z dziećmi przyszedł czas na pracę z dorosłymi. I tak zostałam człowiekiem od prawie wszystkiego w internetowym serwisie matrymonialnym. Co dokładnie robiłam? Oficjalnie moje stanowisko nazywało się: moderator serwisu. Miałam sprawdzać profile użytkowników pod kątem standardów serwisu, tj. czy w opisach siebie nie podają niedozwolonych informacji, czy wypełnili wszystkie rubryczki, czy ich zdjęcia są odpowiednie. Sprawdzanie dodawanych fotografii było akurat najdziwniejsze, bo było paru takich delikwentów, którzy wciąż i wciąż uparcie dodawali swoje fotki, na których są np. cali nadzy. Oglądałam więc nie z własnej woli roznegliżowanych mężczyzn, często w wieku 50+ (mogliby być moimi ojcami…), i za to mi płacono. Na początku to było szokujące, potem bawiło, a na koniec nużyło, bo ile razy może odrzucać zdjęcie gołego faceta, zanim ten zrozumie, że takich nie wolno dodawać?

Poza tym zaczęłam wtedy tworzyć pierwsze teksty jako ghostwriter, liznęłam podstawy SEO, tworzyłam grafiki, rozliczałam płatności użytkowników, byłam dostępna pod telefonem i e-mailem jako obsługa klienta (co zwykle sprowadzało się do tego, że prowadziłam starszych ludzi za rękę, bo nie radzili sobie z komputerem i internetem, nie wiedzieli, w co kliknąć, gubili się w serwisie i w całej tej obcej dla nich technologii).

To była szkoła życia, bo robiłam naprawdę mnóstwo rzeczy – zwykle po raz pierwszy. To także mój pierwszy raz z pracą zdalną. Okazało się, że uwielbiam taki tryb pracy i że uwielbiam udzielać ludziom pomocy przez internet czy telefon. Dużo się wtedy nauczyłam, co pomogło mi w kolejnych latach. I procentuje to do dziś!

 

5, 6 i 7. Pieniądza za pisanie, poprawianie, odpowiadanie

Czyli korektor, copywriter i moderator serwisów społecznościowych. Nie ma tu zachowanej chronologii, bo często robiłam to wszystko jednocześnie, w zależności od potrzeb. Rozmaite zlecenia przeplatały się wzajemnie – i tak to trwa do dziś (no, może poza tym, że zrezygnowałam z copywritingu, bo mam od tego ludzi). Dzięki zleceniom, poleceniom i pracom tymczasowym zbudowałam bazę klientów, więc mogłam założyć własną działalność gospodarczą, w ramach której wykonuję korekty i redakcje tekstów oraz odpowiadam za opiekę nad kontami firm w serwisach społecznościowych (czyli np. odpowiadam jako fanpage, gdy ktoś zadaje pytanie w komentarzach pod postem danej marki). W listopadzie tego roku Pani Korektor będzie obchodzić drugie urodziny! :)

Moje dojście do miejsca, w którym jestem obecnie, trwało latami. Nigdy nie znałam żadnego freelancera ani nikogo, kto pracowałby z domu przez internet, więc metodą prób i błędów musiałam szukać własnej ścieżki. Aplikowałam na rozmaite stanowiska, ogłaszałam się w różnych miejscach w internecie i odpowiadałam na przedziwne prośby. Zdarzało mi się zarobić kilkaset złotych za napisanie tekstu, a potem miesiącami nie mogłam złapać sensownego zlecenia. Bywały okresy, że bez problemu zdobywałam klientów i zarabiałam jak nigdy wcześniej, ale też czasem musiałam zwrócić się o pomoc do rodziców (i u nich zamieszkać, bo mnie chwilowo zwyczajnie nie było stać na samodzielne utrzymanie), bo nikt mnie nie chciał nawet w call center (serio). Kilka razy mocno się oparzyłam, bo albo nie orientowałam się w zawiłościach prawnych, w związku z czym musiałam zapłacić karę, albo zwyczajnie jakaś firma mnie wykiwała i nigdy nie zapłaciła za pracę, którą dla niej wykonałam. Dlatego teraz, gdy pytacie mnie o to, jak zostać korektorem, nie umiem opowiedzieć tego w skrócie. Chyba nawet nie ma drogi na skróty, bo każdy musi wydeptać swoją.

Czy coś bym chciała zmienić w swojej historii? Myślę, że nie. Jestem w naprawdę fajnym miejscu w swoim życiu. Wiadomo, mogłoby być jeszcze lepiej (mogłabym więcej zarabiać, zatrudniać osobistą kucharkę, mieć willę z basenem i podróżować przez połowę roku), ale nie chcę być pazerna – wolę skupić się na wdzięczności za to, co mam, i na osiąganiu kolejnych celów, bo to jeszcze nie koniec drogi. Ona wciąż trwa i sama jestem ciekawa, dokąd mnie zaprowadzi!

 

A jak to wyglądało u Was? Dajcie znać! Jeśli stworzycie u siebie na blogu tekst z Waszą odpowiedzią na #myfirst7jobs – koniecznie mi podlinkujcie w komentarzach :)

Ula Łupińska

Dzięki za przeczytanie tekstu! Jeśli Ci się podobał, udostępnij go na Facebooku :) I czekam na Twój komentarz pod tekstem!

  • Dopiero raczkuję z blogiem (a raczej pełzam :D), ale na końcu komentarza wkleiłam link :) Ach, no i niestety, ale nie udało mi się dobić do 7 prac ;) Takie życie, niestety :D

    http://urudej.pl/myfirst7jobs/

    • Ileś lat temu też nie miałam jeszcze takiego doświadczenia, więc to zrozumiałe ;) Dopiero teraz mam się czym pochwalić!

      • Każdy od czegoś zaczynał, wiadomo :) Może za kolejne 5 lat pojawi się ten hasztag i wtedy z dumą wymienię 7 prac :)

  • Moja pierwsza praca – z pokoju zrobiłam galerię obrazków. Sprzedawałam je rodzinie za 1zł i 2zł ;) Szły jak świeże bułeczki, więc kiedy rodzice nie mogli mnie dalej okłamywać, że są piękne, zamknęłam biznes. Cieszę się, że nie dorobiłam się do tego czasu 7 prac, bo już przy pierwszej poważnej czuję, że jestem tu, gdzie chciałam być i uważam to za wielki dar.

    • O ja :D Ile miałaś wtedy lat?

      • Hm… 18 :P Żartuję, oczywiście, choć w wieku 18 lat nadal nie umiałam rysować :) Pewnie około 5-6 lat.

  • Ja też popełniłam taki tekst, więc jeśli koleżanka ciekawa, to zapraszam do siebie. Nie chcę wyjść na spamera, ale link mam na profilu disquss :D

  • Ja niedawno na blogu opowiadałam o swoim pierwszym zleceniu, ale dodanie wpisu first7jobs mi się podoba ;) już wiem, o czym napiszę we wtorek ;)

  • Fajną opcją na wyrabianie pewnych nawyków u dzieci (jak choćby czytanie, czy zmywanie naczyń) jest to „płacenie” im takich niewielkich, symbolicznych sum. Niby jednak jest w tym jakaś „gratyfikacja”, a z biegiem czasu dzieciak nauczy się, że czytanie jest pożyteczne. ;)
    Moje (prawie) siedem pierwszych prac: http://kackiller.blogspot.com/2016/08/moich-ekhm-pierwszych-prac.html

  • Uważam za świetną akcję #myfirst7jobs pozwala jeszcze lepiej poznać blogerów czy ulubieńców. Niejednokrotnie prowadzi to do wniosku, że ludzie, którzy od zawsze pragnęli czegoś więcej, od najmłodszych lat próbowali różnych zajęć, by dziś być w miejscu, w którym zawsze chcieli być!
    Zapraszam do siebie na #myfirst7jobs

    • To prawda, często widzimy tylko efekty prac danej osoby, a było to poprzedzone latami prób, doświadczeń, błędów :)

  • Przybijam piątkę, bo ja też mam za sobą etap tworzenia czarno-białych gazetek na xero – miałam ambicję zostać od razu Edipressem, więc równolegle prowadziłam pisma o Backstreet Boys, o samochodach i pod wdzięcznym tytułem „Babcia i dziadek” – to ostatnie zarabiało najlepiej, bo na każdy z trzech wydanych numerów miałam dwoje pewnych nabywców (w postaci – kto by się spodziewał – babci i dziadka) ;) Bardzo lubię tę akcję i świetnie mi się czytało Twoje odpowiedzi, nie tylko ze względu na podobne ścieżki kariery w podstawówce :)

  • Pingback: Remanent sierpniowo-wrześniowy – logopeda, dwie rocznice, knajpy dla wegan i mięsożerców • Ula Łupińska()