Poznajcie moje koty! Dużo, duuużo fotek ♥

Koty fascynowały mnie, odkąd pamiętam. Kiedy podczas zabaw na podwórku ktoś pytał mnie, jakim zwierzęciem chciałabym być, moja odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: kotem. Uważam, że jest coś pociągającego w ich indywidualizmie, a z tym chodzeniem własnymi ścieżkami wręcz się utożsamiam! Na szczęście od prawie trzech lat moje i kotów ścieżki przecinają się wzajemnie, bo już tyle czasu spełniam jedno ze swoich życiowych marzeń – mieszkam z cudowną puchatą zgrają. I dzisiaj to o niej mowa :) Pretekst jest doskonały, bo 10 lipca to dzień narodzin moich pierwszych kotków. Wciąż nie mogę uwierzyć, że moje maleństwa mają już trzy lata! A w przeliczeniu na wiek człowieka wychodzi, że w tym roku kończymy tyle samo lat… :)

 

Biała i Czarna

Kocie siostrzyczki, dwie z pięciorga rodzeństwa. Urodzone równo 10 lipca 2013 roku, z nami mieszkają od 9 września 2013 roku. Kiedy postanowiliśmy przygarnąć jakiegoś kociaka (tak, pierwotnie miał być tylko jeden!), rozpytywaliśmy wśród znajomych, czy im lub komuś z ich bliskich nie rodzą się właśnie kocięta. Okazało się, że koleżanka koleżanki na dniach będzie miała maleństwa do wydania. Obejrzeliśmy ich zdjęcia, wstępnie wybraliśmy już kota (miał być czarno-biały), a następnie spotkaliśmy się u niej w mieszkaniu na pierwszą wizytę zapoznawczą. No i z planów nic nie wyszło! Zakochaliśmy się nie w tym czarno-białym maluchu ze zdjęcia, ale w dwóch czarnych koteczkach, które mocno ze sobą trzymały – więc aż żal byłoby nam je rozdzielać. Nie wyobrażaliśmy też sobie, że mamy czekać, aż z nami zamieszkają, dlatego przerwaliśmy naszą wizytę (która z zapoznawczej przemieniła się w adopcyjną) i szybko pojechaliśmy do pobliskiego Auchan po podstawowe zakupy (kuweta, żwirek, karma). Zdążyliśmy tuż przed zamknięciem! A potem szybko wróciliśmy do mieszkania tej znajomej znajomej, pożyczyliśmy od niej transporter i jeszcze tej samej nocy kociaki zamieszkały z nami w nowym domu :)

 

 

 

Biała

Gdy nie miałam własnych kotów, nie byłam świadoma tego, jak różne mogą mieć charaktery. Nawet wśród rodzeństwa różnice są ogromne! Tak jak chociażby w przypadku Białej i Czarnej (w innej wersji: Białaska i Czarnuszki).

Czasami w żartach Białą nazywam Panią Kierowniczką. Ona rządzi całym stadkiem, jest władcza, czujna i zaborcza. Obserwuje wszystko, co dzieje się w mieszkaniu – musi być na bieżąco! Nie przepada za obcymi, trzyma wobec nich spory dystans. Kiedy przychodzi do nas ktoś dla nas znajomy (a dla niej nie), zwykle zaczyna się jeżyć, nie da się jej dotknąć, nawet na nas potrafi wtedy warknąć. Z drugiej strony jednak ma ogromną potrzebę czułości i poczucia przynależności. No i Białasek ma chorobę sierocą. To zwykle ona z nami śpi, niecierpliwie dobija się też do pomieszczenia, w którym któreś z nas się zamyka (np. w łazience – zawsze musi towarzyszyć nam przy siku!).

Dlaczego Biała to Biała, skoro jest czarna? Na jednym z kolejnych zdjęć zobaczycie kawałek jej brzuszka – ma na nim trochę białej sierści. I to właśnie z tego powodu została Białą.

 

 

Czarna

Czarna to zupełne przeciwieństwo siostry! Jest łagodna, milusia i puszysta, a jej celem jest prawdopodobnie rozkochanie w sobie każdego człowieka. Łasi się, ociera o nogi, wskakuje na kolana, mruczy jak traktorek… A gdy spojrzy swoimi wielkimi oczyskami – można przepaść! Niepoprawna amatorka roszponki i natki marchewki. Zapewniam, że każdy z Was chciałby mieć taką przytulankę, jaką jest Czarnuszka!

 

 

Filek

Filek jest naszym kotkiem tymczasowym. O tym, co to dokładnie znaczy, opowiem Wam w osobnym tekście, ale w tak w skrócie: mieszka z nami, dopóki ktoś go nie przygarnie do domu stałego. Czyli to po prostu kot do adopcji, ale przebywający nie w kociarni czy schronisku, lecz właśnie w takim domu zastępczym.

Filek urodził się we wrześniu 2009 roku w blokowej piwnicy. Ma za sobą smutną historię, bo rodzina, u której mieszkał przez cztery lata, w pewnym momencie zwyczajnie się go pozbyła. Podobno był agresywny i atakował ludzi… Jestem wręcz pewna, że ta bzdura to tylko wymówka, bo to kot, który bardzo długo oswaja się niemal ze wszystkim i reaguje na każdy (nawet najmniejszy) hałas. Mogę tylko podejrzewać, jak zastraszony musiał tam być :( Ceni sobie spokój i zwykle potrzebuje sporo czasu, by pozwolić komuś na pieszczoty. A kiedy już pozwoli, to znaczy, że człowiek naprawdę zdobył jego zaufanie!

Kiedy do nas trafił, okazało się też, jak bardzo zaniedbany był. Z jego pyszczka wydobywał się bardzo nieprzyjemny zapach; weterynarz szybko orzekł, że Filkowi pogniły dziąsła, a prawie wszystkie zęby są do wyrwania. Wyobrażacie sobie?! Jak można mieszkać z kotem cztery lata i nie zauważyć czegoś takiego? Po prostu nie mieści mi się to w głowie… Całe szczęście, że tamci ludzie pozbyli się Filka, bo wolę nie myśleć, jaka przyszłość mogła go z nimi czekać.

Gdybyście byli zainteresowani adoptowaniem Filkiem lub znacie kogoś, kto mógłby przygarnąć tego kocurka na dobre i na złe – napiszcie do mnie albo odezwijcie się bezpośrednio do Gerty, która w fundacji Stawiamy na Łapy zajmuje się adopcjami (adopcje@stawiamynalapy.pl, tel. 501 225 409).

 

 

Kluska

Kolejnego kota w ogóle nie mieliśmy w planach, bo to metraż nie ten, a i tak już mamy ciasno, bo może kiedy indziej, a po co, dlaczego… Jak więc to się stało, że pojawiła się Kluska? Jej tragiczną historię z dzieciństwa przeczytacie we wpisie „10 życiowych lekcji od moich kotów na Dzień Kota”. Do nas natomiast trafiła zupełnie niespodziewanie.

Któregoś dnia byłam na spotkaniu dla wolontariuszy w kociarni fundacji Stawiamy na Łapy i zapoznawałam się z tamtejszymi kotami. Jeden przykuł moją szczególną uwagę. Była to chudzinka biegająca po całym pomieszczeniu z energią, jakiej nigdy nie widziałam, gryząca, drapiąca, po prostu szalona. I… zakochałam się w tej rozrabiace. Skradła moje serce dosłownie w kilka chwil! W domu ciągle wracałam do niej myślami. Bałam się, że ktoś ją adoptuje, zanim zdążę się z nią ponownie zobaczyć, więc przy najbliższej okazji – gdy byłam na spotkaniu z szefową fundacji – zapytałam, czy mogę przygarnąć Kluskę. Na szczęście cały proces w moim przypadku był ułatwiony, jako że nie byłam obcym człowiekiem, więc tylko zadzwoniłam do Pawła i poinformowałam go, że ma wziąć transporter i wsiadać w samochód, bo jedziemy po nowego kociaka… Czy muszę dodawać, że był megazaskoczony i skłonny do kłótni, bo mieliśmy NIE przygarniać kolejnego? A na dodatek nigdy wcześniej nawet nie widział Kluski? :)

 

Kluska zjadła własną umowę adopcyjną :D

 

Jeśli dotrwaliście do końca tego wpisu, to mam dla Was jedną wiadomość: tak samo jak ja jesteście niepoprawnymi kociarzami. A jeżeli jeszcze nie macie swojego kociaka – szybko musicie to zmienić! Oglądanie w internecie zdjęć cudzych kotów nie zastąpi Wam tej radości obcowania z prawdziwymi słodkimi puszystościami ♥

Ula Łupińska

Dzięki za przeczytanie tekstu! Jeśli Ci się podobał, udostępnij go na Facebooku :) I czekam na Twój komentarz pod tekstem!

  • Cudne są!

  • Najlepszego dla kociaków:) Można się zakochać!

  • Pingback: Lipcowy remanent, czyli co u mnie było, gdy mnie nie było? • Ula Łupińska()

  • Kocie wariactwo,mam to samo. Twoje czarne siostry wygladaja jak moj Hektor. U nas jest parka:Hera i Hektor…i moje zamiłowanie do antyku :-)

    • Podziwiam ludzi, którzy potrafią wymyślić jedno imię i się go trzymać! :D My mieliśmy mnóstwo pomysłów, ale żaden nie wygrał, więc zostały imiona robocze – Biała z powodu białego brzuszka i Czarna, bo cała czarna. Logiczne! ;))

  • Moja Leia to też przybłęda. Przygarnęliśmy z TOZ-u :)
    Najlepsze jest to, że obydwoje z moim J. planowaliśmy adopcję psa. Do kotów trochę zraziliśmy się przez J. szwagierkę, która pracuje w TOZ, ma dom tymczasowy i 15 kotów (nie chcesz wiedzieć na jakim metrażu). Byliśmy zmęczeni taką ilością kiedy do nich przyjeżdżaliśmy i J. się zraził. Do momentu, gdy przyjechaliśmy któregoś dnia na chwilkę a z zza zakrętu wyszła wyniosła, srebrzysta koteczka o pistacjowych oczach. Pomiziałam (była do tego bardzo chętna) i tego samego dnia przy oglądaniu filmu spontanicznie wskoczyła mi na kolana i spała ze 2 godziny (wcześniej podobno nikomu z opiekunów tak nie zrobiła). Przy wychodzeniu wskoczyła mi…na plecy (akurat poprawiałam coś przy bucie) ;] Jednocześnie była niesamowicie dumną indywidualistką – opiekunom na kolana nie wskakiwała, z kotami się nie bawiła, nie jej poziom widać :P Wróciliśmy do domu i zaczęłam z J. rozmawiać. Podobno popisałam się taką przemową, że Prezydent mógłby się tylko uczyć :D J. bardzo dobrze się bawił, bo srebrzysta i tak skradła i jego serce :) Tego samego dnia zadzwoniliśmy do szwagierki i poprosiliśmy o „rezerwację” małej zanim zrobią jej wszystkie niezbędne badania i odrobaczenie przed oddaniem do adopcji :) Śmiała się, bo założyła się z mężem o której po srebrzystą zadzwonimy – widać było po nas, że zawróciła nam w głowie :D

    • Awww :)) Jeśli to nie przeznaczenie, to ja nie wiem, co to jest!

  • Można, choć często wystarczy to, co już jest w domu – jakiś papierek, słomka do napojów i inne drobiazgi ;)